Początek, zawsze jakiś musi być...

Wszystko zaczęło się pod koniec czerwca od telefonu, czy nie chce popływać od 3 do 16 na jachcie. Tak się złożyło, że urlop w tym roku zaplanowałem od 11 do 24, więc nie mogłem od początku. Ale dobrze się nawet złożyło, bo na pierwszy tydzień było sporo chętnych...na drugi mniej...już w trakcie okazało się, że w drugim tygodniu...ale po kolei :). Spotkaliśmy się następnego dnia i dowiedziałem się wszystkiego, co powinienem wiedzieć...to byłby mój "PIERWSZY RAZ", jakoś tak się od 3 lat składa, że zawsze coś stawało na przeszkodzie. Praktycznie nikomu nie mówiłem, co planuje robić na urlopie, żeby nie zapeszyć, nie licząc planów dokończenia I etapu szkolenia paralotniarskiego, ale to inna opowieść (jak pisze te słowa, I etap jest w zawieszeniu:). Od 3 lipca już nie byłem w stanie myśleć o pracy tylko o czekającym mnie odpoczynku. Był to dla mnie ciężki tydzień, w wolnych chwilach przygotowywałem się do przygody, zakupy i te sprawy, oraz zmuszałem się do pracy. Świat wkoło nie istniał:).

10 lipca - "zaokrętowanie"

I nadszedł ten dzień...10 lipca...od rana wszystko szło nie tak jak zaplanowałem. Na szczęście o 14:20 siedziałem w pociągu z biletem i bagażem odjeżdżającym z Białegostoku do Ełku. Tam przesiadłem się do drugiego jadącego do Olsztyna przez Mikołajki. W Mikołajkach byłem o 18. Telefon do prawej ręki kapitana z pytaniem, gdzie ma się stawić nowy załogant, bo nikt nie odebrał mnie z dworca...:(, a część załogi miała o tej godzinie pociąg do domu. Okazało się, że nastąpiło małe opóźnienie i jacht był jeszcze na wodzie. Spacerkiem do centrum Mikołajek, tu spocząłem na ławeczce i postanowiłem posiedzieć zanim zacznę chodzić po przystani i szukać nowego domu. Dobrze zrobiłem, bo dom zacumował na dziko i bym musiał się wracać. Zostałem zaprowadzony na jacht i dowiedziałem się, że nie licząc kapitana i jego prawej ręki, cała załoga zrejterowała, a nowa nie licząc mnie się nie pojawiła:). Oj ostry i srogi ten kapitan ;). Było już po 19 jak zobaczyłem miejsce, gdzie miałem spędzić kilka najbliższych dni. Jacht mors RT ... Bravo A-530 z burtami koloru niebieskiego. Następnie poszliśmy do centrum uzupełnić zapasy żywności. Ciekawostka...kupiłem 3 piwa, bo na upały to lepsze niż lody ;), ale......nie wyprzedzajmy faktów.

11 lipca - nauka słownictwa i pierwszy raz pod żaglami

Następnego dnia, zanim wypłynęliśmy była godzina.....15:). Obraliśmy kurs na śluzę Guzianka, przed Rucianym-Nida. Zaczęła się mozolna nauka nowych słówek....to było gorsze niż nauka angielskiego, bo trzeba było od razu używać i znać. Knaga, knaguj, buchta, buchtuj, bom, grot, fok, wanta, sztag, achtersztag, achterpik....i wiele innych. Mieliśmy pełny wiatr (nowe określenie, które trzeba znać - czyli płynęliśmy z wiatrem). Dostałem ster i kolejną naukę...odpadnij, ostrz, prawy hals, lewy hals, a to jest bardzo ważne, bo tu też trzeba wiedzieć, kiedy ma się pierwszeństwo, a kiedy trzeba ustąpić. Do śluzy dopłynęliśmy bez przeszkód. Poczekaliśmy na swoja kolej, żeby wpłynąć na jezioro Nidzkie. Przed sama śluzą i w śluzie jest sporo pracy i trzeba mieć oczy szeroko otwarte. Pierwsze, co musieliśmy zrobić to opuścić maszt. Potem utrzymać się przed śluza. W śluzie chronić burty, by nie uszkodzić, jak i uważać na swój maszt jak i innych. Po około 15 minutach było po wszystkim. Na motorku popłynęliśmy w kierunku Rucianego. Tu chwile postaliśmy, by następnie podpłynąć do Nidy i tam około 20 przybiliśmy do brzegu z zamiarem zrobienia grila. Piwo było ciepłe, więc włożyłem je do jeziora....Był to najdłuższy gril, jaki miałem (stosunek czasu do skonsumowanego jedzenia, bo jeżeli chodzi o czas trwania to bywały dłuższe:), żeby nakarmić 3 osoby potrzeba było coś około 3-4h :). W miedzy czasie zrobiło się zimno, komary zaczęły dawać się we znaki. Na dzień dobry były plasterki ziemniaków....po ziemniakach zaczęliśmy piec kiełbaski (coś koło godziny 0). Jak kiełbaski to trzeba iść po piwko....okazało się, że woda jest jak zupka ciepła, a piwo....tyż, lepiej było zostawić na powietrzu, bo było naprawdę zimno. Piwo zaczęło się chłodzić na powietrzu, a kiełbaski staraliśmy się szybko podpiec i przenieść się do kajuty, bo tam cieplej:). Jeszcze jedna obserwacja tego dnia dokonana przeze mnie. Jak wieeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeele jest GWIAZD na niebie!!!!! Już zapomniałem, że tyle może ich być. Będę musiał którejś nocki wyjechać poza Białystok i poleżeć w trawie i popodziwiać jak mrugają do mnie z góry, ta masa iskierek. Już w kajucie, skończyliśmy konsumpcje i wypiliśmy ...ja jedno piwo z 3 kupionych w Mikołajkach, a Asia z Andrzejem swoje. I tyle było z picia....prawdziwa była z nas załoga abstynentów, czego nie żałujemy i się nie wstydzimy:).

12 lipca - dzień fotografii i spokojnego pływania z wiatrem

Kolejny dzień dla mnie zaczął się o 9. Przemyłem się w jeziorze i łap za aparat i polowanie na ptaszka. Jak fajnie jest tak z rana posiedzieć nad wodą i podziwiać toczące się życie wkoło. Tym razem udało nam się wystartować o 12. Popłynęliśmy na drugi brzeg i poszedłem uzupełnić zapasy w Nidzie. Po 16 wystartowaliśmy dalej, już tylko na żaglach, bo wpłynęliśmy w strefę ciszy i zakaz używania silników mechanicznych! Z wiatrem spokojnie pożeglowaliśmy nad zatokę Zamordeje. Wiatr pełny słaby, ale wyrobiliśmy się, żeby sfotografować zachodzące słońce. Plaża jak nad morzem z piaseczkiem i szumem fal...ech chciałoby się pojechać nad morze i posłuchać tego szumu wypełniającego uszy. Ale jesteśmy nad jeziorem!!!

13 lipca - ten 13 ...dobrze, że to nie był piątek

Kolejny dzień i kolejna niespodzianka. Opuszczając bom, poszedł nam refpatent - część mocująca bom do masztu, który okazało się, że był już uszkodzony. Z takim bomem ciężko się płynęło nam w kierunku Jaśkowa, ale jak się przekonaliśmy, płynąc pełnym wiatrem nie jest tak źle, jak wtedy, kiedy trzeba halsować idąc pod wiatr. Późnym popołudniem byliśmy w tym samym miejscu, z którego zaczęliśmy dzień. Dostaliśmy też telefon, że jacht mamy zdać w sobotę, a nie w niedziele i teraz zaczął się wyścig z czasem:), bo mieliśmy środę!!! Po małym przymusowym postoju (fizjologia nie sługa:). Ruszyliśmy w kierunku Nidy. Niestety wiatr nie dość, że wiał nam w twarz i się śmiał, to jeszcze zbyt mocny to on nie był, a do miejsca gdzie można używać silniki jeszcze daleko:). Pod wieczór sprawił nam inny figiel, zaczął wiać silniej, nawet trochę za .... :). A zapomniałem powiedzieć, że nie licząc Andrzeja, to reszta załogi rybami się nie czują w wodzie:). Asi na ten dzień było już za dużo emocji i chcąc nie chcąc musieliśmy przybić do pierwszego lepszego miejsca. Chcąc płynąc dalej potrzebowaliśmy choć jeszcze jednego członka załogi, którego nie mieliśmy. Tak jak zapowiedziałem z rana - że jaka woda by nie była to muszę się wykąpać i tak uczyniłem. Na początku myślałem, że będzie ciężko, że szybko się pochlapie i spadam jeść. Ale jak pochlapałem się, to woda zrobiła się jakby cieplejsza i trochę "popływałem" mając dno pod nogami. Następnie jedzenie i spać, bo o 3:30 trzeba wstać, żeby zrobić zdjęcia wschodzącego słońca, a z tego miejsca, co staliśmy powinno się to udać. Nie mieliśmy danych, o której wstaje słońce, więc dla pewności wybraliśmy 3:30.

14 lipca - pobudka 3:30 - wschód słońca 4:30? - naprawa bomu

Dzień zaczął się od pobudki o 3:30. Ptaki śpiewały pięknie, warto było wstać i spędzić te 2 godziny. Samo słońce pojawiło się nad drzewami przed godziną 5. Po zrobieniu zdjęć obejrzeniu i wysłuchaniu sobie budzącej się do życia przyrody wróciliśmy do koi, by dalej sobie pospać. Rano się ogoliłem i miło dzień spędziłem. Teraz moim zadaniem było balastować i wybierać foka oraz podziwiać widoki i wszystko wokoło:). Do Nidy przybyliśmy popołudniu, wpierw mijając leśniczówkę Pranie, w której nie mieliśmy czasu się zatrzymać. Może innym razem, jak to się mówi do trzech razy sztuka, bo dwa lata temu, też mi się nie udało:). Udało nam się naprawić refpatent. Ale może po kolei. Komórki zostały nakarmione, a za naprawą bomu się nachodziliśmy...przy okazji zrobiliśmy zakupy. W międzyczasie jeziorem przepłynęła żaglówka wypełniona po brzegi grajkami. Fajnie to wyglądało i brzmiało. Bom, już naprawiony, na łodzi był jak już była noc, ale był i to jest najważniejsze.

15 lipca - zmaganie się z czasem i wojna wodna

Z rana pobudka, kupienie materiału do naprawy grota (dwa małe rozdarcia były od początku rejsu, ale nigdy nie było czasu się tym zająć:) i w drogę na silniku do śluzy. O 9 już sporo ludzi chciało wydostać się z j. Nidzkiego na Bełdany. Postawienie masztu przebiegło sprawnie, bom tez ładnie się prezentował i zaczęliśmy mozolnie podążać w kierunku Mikołajek. Kapitan zrejterował z jachtu, bo mu się nudziło, oraz słonko za mocno przygrzewało:). Potem załoga wymusiła przybicie do brzegu, bo pęcherz nie sługa i czasami musi być opróżniony. Wykorzystaliśmy ten fakt, ja sprawdziłem wyporność kapoka ;), zjedliśmy obiad i przeżyłem bitwę wodną:). Kolejny etap do "Galindii" przepłynęliśmy praktycznie na silniku, z lekkim wspomaganiem żagli. Do Mikołajek dotarliśmy koło 18, szybkie zakupy, małe co nie co i przed 21 wyruszyliśmy do bazy zdać jacht. Już prawie po ciemku cumowaliśmy. Zmęczeni poszliśmy spać, bo znów trzeba rano wstać. O 12 trzeba zdać jacht, a grot nienaprawiony, kilka innych usterek też. I najważniejsze jacht niewysprzątany.

16 lipca - to co dobre szybko się kończy :( - sprzątanie

Od 8 do około 13 zeszło nam na pakowaniu, zjedzeniu śniadania i jachtu wyszykowaniu. Szorowanie pokładu nie jest wcale taką złą robotą:). Mogę szorować :). Choć lepiej jak nie pada:) - na szczęście krótko. Po zapakowaniu się dojechaliśmy do Ełku, a stąd już pociągiem do Białegostoku. W domu zmęczony, ale zadowolony byłem koło 18. I tak skończyła się moja pierwsza przygoda z żaglami....mam nadzieję, że nie ostatnia oraz, że kolejna będzie za niedługo:). Muszę się nauczyć dobrze pływać:).

KonieC :( .... ja chcę jeszcze:)