Powrót na mazurskie jeziora zaczyna się ... z dala od wody :-)

W tym roku przygoda z jachtem zaczęła się już w czerwcu. W czwartek zawędrowałem do hangaru, żeby pomóc przygotować łódkę do transportu na jeziora. A na zakończenie dnia spacerek wieczorny do domu:-). W piątek praca, a po pracy jeszcze wyjście.....wróciłem o 23 i dopiero zacząłem się pakować. Po spakowaniu miałem znów nieodparte uczucie, że o czymś zapomniałem, bo miałem mało bagażu...jak się później okazało zapomniałem zabrać z rana mydelniczkę z zawartością (w Mikołajkach sprawiłem sobie i jedno i drugie:-)

1.lipiec.2006 (sobota - pierwszy dzień na wodzie)

Pobudka koło 8, mało spałem, ale nie było tak źle. Przed 9 byłem pod hangarem. Zaraz też przyjechał samochód, który miał zawieźć "Bravo" do bazy. Kilka minut po 9 przybyła reszta załogi - Andrzej, Asia (osoby co pływały w tamtym roku) oraz Ewa (siostra Asi) z 7 miesięcznym Mateuszem. Zapakowaliśmy, co się dało do jachtu i odprawiliśmy go do Skorupek. Umówiliśmy się z kierowcą na 12 na miejscu, a sami zaczęliśmy na mieście załatwiać ostatnie sprawy. Trochę się przeciągnęły i na miejsce dotarliśmy z 1h opóźnieniem. Trzeba było poczekać trochę, aż bosman obejrzy do końca serial i slipowaliśmy jacht (kto późno przybywa...mało pływa ;-). Następnie zamontowanie masztu, przeniesienie i upakowanie rzeczy i na motorku przez kanał na jezioro Tałty. Postawiliśmy maszt i na żaglach popłynęliśmy powoli do Mikołajek, gdzie dotarliśmy późnym wieczorem (przez rok myślałem, że będę miał problemy z terminami żeglarskimi...nie było tak źle:). Poszliśmy na miasto obejrzeliśmy pokazy policyjnych motorówek, a wieczorem podziwialiśmy sztuczne ognie.

Ciekawostka po raz pierwszy spotkało mnie coś, co inni często opowiadali, a nie dane mi to było...bujanie na ziemi. Czy to zmęczenie, czy cos innego, ale po raz pierwszy bujało mną stąpając po ziemi. Pierwszy raz jak pobierałem pieniądze z bankomatu i musiałem się skupić aby wpisać PIN, oraz drugi raz gdy myłem się przed spaniem i po zamknięciu oczu też czułem, że mną buja :-). Niestety jak pisze te słowa już nie czuję tego :-(.

2.lipiec.2006 (dzień leniuchowania i regat podziwiania oraz jachtu porządkowania)

Rano wstaliśmy i ..... aktorów na wodzie podziwialiśmy. Od 10:30 na wodach jeziora Mikołajskiego odbyły się VII Mistrzostwa Polski Aktorów 2006. Po 13 udaliśmy się na promenadę na gofry (po raz pierwszy w tym roku jadłem truskawki) i lody. O 15 obejrzeliśmy wręczenie nagród zatankowaliśmy paliwo do motorku, co okazało się dobrym posunięciem. Po 17 byliśmy gotowi do wypłynięcia, ale po krótkiej naradzie postanowiliśmy zostać jeszcze jedną noc w Mikołajkach. Ten dzień to był relaks, jakich mało, nic mnie nie goniło i trwoniłem sobie czas. W centrum można było zobaczyć różne ciekawe przedstawienia (np. walki dawnych wojów) lub posłuchać muzyki.

Ciekawostki dnia: zobaczyłem "Biegnącą po falach", która w tym roku biegała po falach:-) oraz.... poszedłem na koncert szant za namową Andrzeja....przyszedłem usiadłem akurat skończyła się piosenka i do mikrofonu podszedł prowadzący, który oznajmił, że to już koniec:-) i wszyscy ewakuowali się z amfiteatru - Michał nadchodzi, ferajna uchodzi ;-).

3.lipca.2006 (płyniemy i zwiedzamy)

Już z rana popędziliśmy pod prysznice, by jak najszybciej wypłynąć do Galindii. O 9:10 już na wodzie by na miejscu być o 12:30. Po zwiedzeniu i podjedzeniu naszło lenistwo i troszkę się pospało. Przed 16 ruszyliśmy w stronę śluzy Guzianka, gdzie po 18 bez czekania udało się wpłynąć i o 19:30 byliśmy już na brzegu blisko Nidy, gdzie zrobiliśmy zakupy.

Ciekawostka dnia.....dawno już nie prowadziłem rozmów wieczornych, gdy człowiek już gotowy do spania leży, wtedy najciekawiej i najfajniej się gada :-).

4.lipca.2006 (Zakupy, PRANIE, trzcin zaliczenie i pagajowanie)

Rano wstaliśmy, śniadanie zrobiliśmy i poszliśmy na zakupy......które trwały z 3h....w mieście, gdzie kilka sklepów na krzyż (kobieta potrafi:-). O 14 ruszyliśmy w kierunku leśniczówki Pranie, gdzie mieści się muzeum Gałczyńskiego. Wiatr nie rozpieszczał w przeciwieństwie do słońca. O 16 zacumowaliśmy przy pomoście i poszliśmy zwiedzić muzeum, które jest otwarte do 17. Następnie udaliśmy się na stare miejsce nad zatokę Zamordeje. Wiatru jak na lekarstwo, co spowodowało, że zachód słońca oglądaliśmy z pokładu jachtu będąc jeszcze daleko od celu. Zaczęliśmy pagajować (na jeziorze Nidzkim obowiązuje zakaz używania silników). Zatrzymaliśmy się w trochę innym miejscu niż rok temu, bo stare miejsce było już zajęte.

Ciekawostki dnia: tak chciałem przyśpieszyć dotarcie na miejsce, że miałem nadzieje, że obejdzie się bez kolejnego halsu i popłynąłem blisko trzcin....za blisko i zaliczyliśmy płyciznę oraz trzciny. Wieczorem za to komary dały się ostro we znaki, była ich cała masa.

5.lipca.2006 (pływanie i powolne żeglowanie oraz przesranie sobie życia;-)

Z rana wstaliśmy pocięci, lepcy...decyzja płyniemy na plaże na bindudze drapacz. Trzeba było halsować, a wiatr był ... jaki był. Do 12 chyba pluskaliśmy się w wodzie. Potem w kierunku śluzy leniwie jak żółw ociężale. Przed 16 byliśmy już w śluzie....znów mieliśmy szczęście, bo nie musieliśmy czekać. Mały znów robił furrore. Wszyscy jak widzieli młodego żeglarza to sobie palcami pokazywali, przez cały czas trwania rejsu :-). Krótko płynęliśmy na żaglach, znudziło mi się powolne podążanie przed siebie i namówiłem kapitana na odpalenie silnik, aby popłynąć do miejsca, gdzie w ubiegłym roku pływałem w kamizelce asekuracyjnej. Traf chciał, że obok były tarpany:-). Zjedliśmy tutaj i oczywiście powygłupiałem się z Asią w wodzie, bo tylko my przejawialiśmy większą ochotę do zabaw w wodzie. Był pomysł, żeby tu nawet zostać na noc i się przyłączyć do ogniska robionego przez drugi jacht, ale z braku czegokolwiek na ognisko wyruszyliśmy w kierunku Mikołajek, oczywiście... na silniku. Cieplutko było, że nawet wieczorem w kąpielówkach przy sterze stałem, w przeciwieństwie do kapitana:-). Znów pod wieczór zacumowaliśmy.

Ciekawostka dnia.....idąc do centrum miasta ptaszek na mnie narobił, co zostało skomentowane, że mam przesrane życie....ciekawe ile w tym prawdy ;-).

6.lipca.2006 (1h pływania i wieczorna zakręcona eskapada)

Do opisu powracam po dłuższej przerwie, więc już wszystkiego nie pamiętam, a i od tego dnia notatek nie prowadziłem. Rano dziewczyny z małym poszły na zakupy, a reszta przygotowała jacht do wypłynięcia. Na wodzie byliśmy jakoś przed południem i udaliśmy się w kierunku Giżycka. Do kanału tałtańskiego płynęliśmy na żaglach...bardzooo dłużyła nam się ta droga....brak "normalnego wiatru"...od teraz już norma. Następnie złożyliśmy maszt i pokonaliśmy na motorku kanały: tałteński (1600m), grunwaldzki (470m), mioduński (1920m), szymoński (2360m). Następnie wpłynęliśmy na jezioro Szymonieckie i postawiliśmy maszt. Przepłynęliśmy trochę na żaglach i zatrzymaliśmy się przy brzegu....za drobną potrzebą (ale widać, że tutaj to duuuużo ludzi za większą się zatrzymywała i trzeba było dobrze uważać, by nie wdepnąć:(), przy okazji popływaliśmy (z 1h?). Potem powoli przepłynęliśmy jezioro Jagodne do kanału kula (110m). Jeszcze jezioro Boczne przepłynęliśmy na żaglach, ale było tak leniwie, że załoga poległa (UMIESCIC LINK). Gdzieś po pokonaniu około 1/3 jeziora Niegocin zrezygnowaliśmy i odpaliliśmy motorek. Po drodze minęliśmy jeszcze konwój. Pod wieczór byliśmy już w Giżycku i nie wiem, co rozbawiło na brzegu siedzących w kawiarni...czy mały żeglarz, czy też moja oryginalna koszulka:). Zatrzymaliśmy się w Zamku i udaliśmy się na zwiedzanie miasta. Pierwsza atrakcja... biedronka. Drugą atrakcją bardzo fajną było wesołe miasteczko...tego dnia część zaliczyła Mega Spin (LINK). Bardzo fajna zabawa....mało skórczu nie dostałem w nodze, bo przytrzymywałem klapka, który jak kręciliśmy się do góry nogami chciał sobie powędrować. Po powrocie było ognisko i kiełbaski:). Chyba po północy poszliśmy spać.

Ciekawostka dnia...można było zobaczyć pływaczkę w pampersach wypornościowych i w kamizelce mini:D. Siła odśrodkowa w połączeniu ze zmianą w 3 wymiarach położenia....fajna sprawa...aż dziw, że coś sobie nie powędrowało.

7.lipca.2006 (Adrenalinki mniej, wieczorna kąpiel i zachód słońca)

Następnego dnia zrezygnowaliśmy z płynięcia do Sztynortu. Połaziliśmy po Giżycku, część zaliczyła na wesołym miasteczku: Voyagera, klatkę karuzele (nie pamiętam jak się nazywała) oraz samochodziki:). Potem zrobiliśmy sobie obiad i późnym popołudniem na motorku popłynęliśmy na południe. Zatrzymaliśmy się niedaleko Kleszczewa. Tutaj odbyła się dłuższa sesja zdjęciowa zachodzącego słońca. Potem się wykąpałem w jeziorze....woda była cieplutka....nawet cieplejsza niż następnego dnia:). Dużo komarów, jak się okazało następnego dnia nie tylko komarów. Tego dnia było bardzooooo leniwie. Sesja zdjęciowa udała się aż miło. Totalny relaks.

8.lipca 2006 (jak na weekend przystało...czas na opalanie i "pływanie")

Tego dnia postanowiliśmy dłużej posiedzieć w jednym miejscu. Poopalać się i popływać, bo płytko było na może jakieś 100-200 metrów od brzegu. Widać, że ludzie lubią tu spędzać wolne popołudnia, bo od około 11 już zrobiło się tłocznie i ciągle przybywało chętnych do takiego wypoczynku. Okazało się, że nie bez bata jest tu wieś Kleszczewo. Kilka kleszczy każdy z nas znalazł na sobie. Późnym popołudniem wyruszyliśmy na silniku w kierunku Skorupek, gdzie się zjawiliśmy już po zachodzie słońca. Tego dnia pływałem w masce i z rurką:). Wkurzająca była tylko jedna rzecz. Chcąc popływać trzeba było brodzić z 50-70 m od brzegu, żeby jako tako się zanurzyć:).

Ciekawostka....takiego pirueta na jachcie wykręciłem, że nawet mały się ze mnie śmiał. Tylko noga zaczęła mi lekko doskwierać:-).

9.lipca.2006 (pokładu szorowanie i do domu wędrowanie)

Od rana upał dawał się we znaki, a pokład trzeba było wyszorować. W takim upale nic się nie chciało robić. Ale jakoś do 15 udało się zapakować do samochodu i wysprzątać jacht. A odjeżdżając nadciągnęły deszczowe chmury. Zajechaliśmy na chwile do Mikołajek by kupić coś do jedzenia. Ciekawostka...spotkałem tam rodzinkę, która mieszka w Giżycku:), przyjechali sobie spędzić niedziele w Mikołajkach:). Długo nie porozmawiałem, bo dostałem telefon, że się zbieramy do domu....w którym byłem po 19.

Podsumowanie

W tym roku więcej widziałem, więcej przepłynęliśmy, ale wiatr nie dopisał:(. Mimo wszystko było fajnie, odpocząłem i nabrałem bakcyla na pływanie...teraz musze nauczyć się pływać, a nie utrzymywać się na wodzie. W tym roku tak się złożyło, że sporo przebywałem w wodzie i...muszę przyznać, że sprawia mi to ogromnš frajdę, na spływie, żaglach i jeszcze raz w Augustowie sporo spędziłem czasu na i...w wodzie. Teraz żałuję, że tyle zabawy mnie przez te lata ominęło przez to, że nie umiem pływać. MUSZĘ się nauczyć pływać tak jak skończyć kurs paralotniowy. Pływanie i latanie to jest fajne czasu spędzanie. Teraz nie ma bata, dam z siebie wszystko, aby za rok już pływać, a nie utrzymywać się na wodzie. W tym roku tak się rozleniwiłem podczas rejsu...że nie zrobiłem zdjęć wschodzącego słońca...chciało mi się spać:-), ale za to na spływie zrobiłem:)