Tytułem wstępu :)

Być jak Ikar dotknąć chmur:) - być wolnym jak ptak - odwieczne marzenie człowieka....może nie każdego, ale ja się zaliczam do tych, co o tym marzą:) i .... w tym roku mogę powiedzieć, że zacząłem je realizować. Jeszcze daleka droga przede mną, ale zawsze trzeba jakoś zacząć, by potem moc się rozwijać. Wszystko zaczęło się jak byłem malutkim chłopcem i zobaczyłem po raz pierwszy latającego ptaszka i powiedziałem do rodziców, że też tak chcę, ale mnie nie zrozumieli ;). Oczywiście to żart, choć kto wie, może tak było, za dużo wody w Białej przetoczyło się bym mógł pamiętać. Jako mały chłopiec chciałem dotknąć chmur (kto nie chciał i nie próbował skakać z nadzieja, że dotknie....ja tak :), wiem naiwny byłem, ale dzieciństwo ma swoje prawa i od nich wara :)! Podziwiałem latające stwory, ale jako takich zapędów, że będę pilotem to nie miałem. Lubiłem wszystko, co związane z lataniem i podziwiałem te wszystkie maszyny, ale tak samo mogę powiedzieć o pływaniu i statkach. Pierwsze podejście do latania Przygoda moja zaczęła się w liceum i trwała krótko. Chciałem latać na szybowcach, zadzwoniłem do aeroklubu i dowiedziałem się, kiedy będzie zaczynał się kurs. Zimą były wykłady teoretyczne, na wiosnę pojechałem do Wrocławia przejść badania. Miałem szczęście, bo miałem niewielką wadę wzroku i akurat zmieniły się przepisy, że nie było to przeszkodą. Badania przeszedłem, pozostało czekać na rozpoczęcie kursu praktycznego. Za długo zwlekałem i kiedy się zdecydowałem nastąpiły inne wydatki i nie było już pieniędzy na mój kurs. Cena była dobrego komputera, a ja jeszcze nie miałem własnych funduszy, tylko byłem zdany na łaskę i możliwości rodziców. Tak okazja przeszła koło nosa...kto wie, jak by się to wszystko potoczyło. Powiedziałem sobie nic straconego jak odłożę odpowiednia sumę to się znów zapiszę i tak odkładałem decyzję i odkładałem.

Przebudzenie z letargu

Aż do tego roku AD2005. Wiosną koleżanka poprosiła bym odwiedził stronę lotniową i zaczęło się, odrodziło się to, co drzemało (dziękuję Ci Kamilo:). Pomysł był żeby zacząć szkolić się na lotniach, ale przy okazji było tam trochę o parolotniach i zacząłem się zastanawiać, bo już jakiś czas temu interesowałem się paralotniarstwem. Dla mnie to było jakby szybownictwo w trochę innym wymiarze:) - nie wnikajcie jak myślę, to odrębna sprawa ;p, mój tok myślenia nie musi się wszystkim podobać :). Po długich namysłach, przestudiowaniu Internetu, przeanalizowaniu za i przeciw padło na paralotnie i chyba to był najlepszy wybór z możliwych. Co nie znaczy, że lotniarstwo jest złe. Wszystko ma swoje plusy i minusy. Zacząłem się dowiadywać o szkoleniach.

Pierwszy kontakt z paralotnią ... I etap szkolenia

Chciałem wykorzystać długi majowy weekend i traf chciał, że udało się namówić Kamila Antkowiaka na przyjazd do Białegostoku. Kurs zaczął się 25 maja, pierwszego dnia nie mogłem, bo pracowałem do południa, a po południu zaczęło kropić i nie poćwiczyłem. 26 Maja zaczęła się moja przygoda ze skrzydłem. Pierwszego dnia do południa nic nie robiliśmy, bo wiatr był za silny. Potem osłabł na tyle, że zaczęliśmy uczyć się stawiać skrzydła stylem alpejskim. Jedna osoba stawiała, a druga przytrzymywała, żeby pilot sobie nie odleciał, choć i tak dwa razy po lotnisku mnie przeciągnęło skrzydełko:), było fajnie (fakt ten nie tylko mnie nie zniechęcił, ale wręcz przeciwnie - już tak mam:) . Szczególnie, że wieczorem odbyłem pierwszy lot.....niesamodzielny.....byłem balastem w tandemie:). Następnego dnia znów do południa laba, wiatr, a następnie termika nie pozwoliły nam na zabawy. Pod wieczór odbyłem bieg do wyciągarki, by już jak się ściemniało wykonać niewielki lot (na około 20m mnie wzniosło) bez wyczepienia się z liny. Weekend miałem przeznaczony na wesele brata (przynajmniej nie muszę się już "statkować" ;), to sobie nie polatałem, a było sporo lotów. W poniedziałek do południa praca, po pracy na lotnisko, muszę nadrobić weekend, bo w środę Kamil wyjeżdża. Przy pierwszym starcie chyba za bardzo siłowo stawiałem skrzydło i nadwerężyłem bark (27m2 stawia niemały opór:), może, dlatego, że miałem złamany obojczyk i jest trochę krzywo zrośnięty. Ale wykonałem swój pierwszy lot z wyczepieniem. Niepotrzebnie zaraz po wylądowaniu drugi raz rozochocony chciałem znów lecieć. Stawiając skrzydło, ból był już intensywniejszy, ale wystartowałem, by po wzniesieniu się na jakieś 15m lina sama się wyczepiła. Wylądowałem, ale już wiedziałem, że skrzydła nie postawie. Organizm nie pozwoli. Do końca już tylko się przypatrywałem. Dogadałem się, że dokończę kurs w innym terminie. Dojadę akurat miejsce, gdzie akurat Kamil będzie prowadził szkolenie.

Dokończenie I oraz zrobienie II etapu

I tak było, aż do 8 sierpnia. Los chciał, że ten termin pasował mi najlepiej, bo później już nie mogłem, a kurs odbywał się w ...... Szczecinie. 8 Sierpnia o 7 rano wyruszyłem samochodem do Szczecina. Niech mi nikt nie mówi, że paralotniarstwo to sport ekstremalny. Jazda po polskich drogach - to jest dopiero sport ekstremalny. W dodatku wszystkie drogi prowadza przez .... miasta, przez centra miast. Ale to inna dyskusja, zresztą każdy wie, jakie są nasze drogi i nie ma sensu strzępić języka. W Szczecinie byłem o 17 po przejechaniu około 700 km. Miałem dwa razy postawić skrzydło, żeby sobie przypomnieć. Z pewną obawą stawiałem skrzydło, żeby znów nie nadwyrężyć i by się okazało, że jechałem na darmo taki szmat drogi. Po postawieniu trochę cos tam zaczęło się odzywać, ale może to psychicznie, albo tak już będę miał. Nie był to jakiś ból straszny, po prostu coś tam się odzywało, jakby chciało, a nie mogło:) ... tak jak po długim ćwiczeniu. Potem zaczęły się hole. Ręce uginałem, wiec moje starty nie wyglądały podręcznikowo, ale Nemo łatwo wstawało i nie było problemów. Wykonałem 11! lotów. Miałem szczęście, bo lina była rozłożona do tandemu, wiec i mnie trochę wynosiło w górę, było ....zajefanie, żeby nie powiedzieć zaj...:). Szczecin z góry wygada fajnie, szczególnie jak słońce zajdzie i palą się światła:). Następnego dnia wykonałem jeden lot z rana, trochę wiało. Popołudniu wiatr się nasilił i nie miał zamiaru przestać, trochę pokropiło. Popołudniu wykłady, do wykładów pochodziłem po Szczecinie. Następnego dnia trochę padało i wiało. Skończyłem zwiedzanie Szczecina. Popołudniu wykłady, wieczorem padało, ale prognozy optymistyczne - jutro ma nie padać i wiatr słabszy. Czwartek pochmurnie cały dzień, ale nie padało i umiarkowanie wiało. Pierwszy lot i zacząłem bujanie - nieudolne wingovery - czyli zaczął się dla mnie II etap:). Ale liny tak dużo nie było jak za pierwszym razem:(, więc wolałem pomóc przy rozwożeniu lin, żeby było szybciej. A było trochę kursantów: najmłodszy Filip 14 lat i jego tato Andrzej; Dagne (nie odmieniać, bo opieprzy ;) - ale wystarczy pogrozić, że będzie bieg do wyciągarki, gdzie jest księga Uwag i spostrzeżeń ... "notabene" nikt jej nie widział;) to robi się potulna;); Radek; Rafał; Paweł; Władek; Michał (duży, ja to byłem mały, albo nasz;); Krzysiek i Sławek - najstarszy kursant 66 lat! Udało się zrobić 80 holi. W piątek do południa dalej hole, a ja się bujałem prawa lewa. Obudziła się termika i przerwa do południa. Po południu jeszcze kilka holi się udało, ja zacząłem zakładać uszy:D fajnie:). Ostatnie lądowanie .... gryyyy, choć ponoć nie miałem szans. Już siadałem, dotykałem nogami ziemi i zacząłem zaciągać sterówki, jak przyszedł szkwał i poleciałem do tyłu i nawet sterówki miedzy nogami nie zapobiegły przeciągnięciu mnie po trawie:). Same przeciągnięcie nie jest złe, skrzydło pokazuje, kto jeszcze jest górą;), ale jednak niedosyt lądowania pozostaje. Wcześniej już wiatr przerywał nam, to mieliśmy mały pokaz pilotażu latawca w wykonaniu Krzyśka i Kamila:). Po moim lądowaniu loty zostały zawieszone:). W sobotę dalej pogoda w kratkę, ale zrobiłem uszy i nawet Krzysztof ładnie mi to sfilmował. Wszyscy już ładnie latali, optymizm tryskał. Ale znów za dużo holi nie było. W niedzielę udało się dokończyć. Ja się trochę pobujałem przód tył, a pod wieczór zrobiłem jeden lot z bujaniem prawa, lewa i ostatni lot, o którym chciałbym zapomnieć:). Gryy:). W poniedziałek dostałem książkę lotów i świadectwo ukończenia I, II etapu oraz, że mam uprawnienia do holowania się:). Wracałem przez Gdańsk, wiec zobaczyłem sobie jarmark Dominikański, pochodziłem po starym mieście i dalej w drogę....traf chciał, że przejeżdżałem przez Mikołajki:) i znów zachciało mi się wyskoczyć za miasto i popatrzeć na gwiazdy (w drodze zatrzymałem się na chwile i po raz kolejny przypomniałem sobie ile tam jest gwiazd:). Fajne tam mają kręte drogi, szczególnie jak się jedzie po północy i mgła czasami jak mleko:). Tym razem jechałem 15h, ale inną trasą zrobiłem 840km:). I to by było chyba na tyle.

Dylematy po kusie.....:)

Teraz muszę kupić skrzydło poćwiczyć starty i lądowania, a potem kupić napęd, bo górek u nas nie uwidzisz:(. A za rok może w góry, kto wie. Zbieram datki na skrzydełko:). Szukam sponsora, tudzież sponsorki:) z opcja raczej na to drugie ;).