Wypad w Bieszczady ->Podróż sentymentalna na Halicz

Dwa dni na połoninach

W sierpniu nie udało mi się wyjechać w góry. Wtedy postanowiłem, że choćby paliło się waliło, czy to pogoda czy deszcz, zrobię sobie prezent imieninowy, pojadę w Bieszczady i wejdę na Halicz. Plan był wyjechać dzień wcześniej wieczorem, aby po drodze przenocować i z rana dotrzeć wypoczętym w góry. Wejść na Halicz i spędzić tam z pół dnia. Dwa tygodnie przed imieninami postanowiłem, że jak ktoś będzie chciał się zabrać ze mną to może i przesunę o jeden dzień wyjazd, czyli wyjadę nie w czwartek, a w piątek wieczorem. Na tydzień przed dowiedziałem się o wyjściu na bilard znajomych, więc postanowiłem w imieniny się zabawić, a dwa kolejne dni sobie spędzić na relaksującym pobycie w Bieszczadach. Nie spodziewałem się, że ktoś się zdecyduje na taką wycieczkę, wiec nawet za bardzo nie planowałem, gdzie będę nocować i co zwiedzać. Plan był bardzo minimalny, ale za to konkretny. Wejść na Halicz i poleżeć trochę delektując się widokami, wieczorem popatrzeć na gwiazdy i wejść na jedną z połonin. Plan udało się wypełnić w 200% :-). Samopoczucie dopisywało, a nawet czułem przeogromną radość, wszystko budziło wspomnienia, zapomniałem o całym otaczającym mnie świecie. Przez te dwa dni byłem tylko ja i góry. Całkowicie zapomniałem o pracy, o problemach mnie trapiących. Cieszyłem się bliskością natury....szczególnie podczas nocnego pobytu w lesie. Wiele rzeczy do mnie do dotarło, wiele zrozumiałem. Może moje wnioski, jakie tam wysnułem są błędne (chciałbym, aby tak było, bo nie są takie, jakie bym chciał by były), ale niestety raczej nie i trzeba z niektórymi rzeczami się pogodzić. Chociaż nie do końca jest to prawda, że świat codzienny nie gościł w moich myślach.

Bieszczady

Wiosną są zielone, każdy to powie,
latem trochę zatłoczone,
a jesienią kolorowe...
góry moje ulubione.
Gdzie Halicz uwiódł mnie
i teraz po nocach nie śpię.
Jak jest mi źle to myślami
wędruję z plecakiem na plecach
przez połoniny w słońcu zalane
wioski od wieków zapomniane
przez lasy i pola
przede mną bezdroża.
Tam jest spokój, bicie serca
dostraja się do natury.
Wędrowiec się wtapia i stanowi jedność.
I Ty też tak możesz, tylko musisz chcieć
Pojechać, dać z siebie wszystko,
a potem wieczorową porą
do lasu wejść i oczyścić się
Wsłuchać się w to, co mówią drzewa
co gwiazdy z daleka,
mają do powiedzenia dla człowieka.
I ptak, co zakwili i zwierz, co się chyli
szum potoku w listowiu
i kapliczka na polanie.
Po takim śnie, już nic złego Ci się nie stanie.
Bo to kraina bajkowa
co swe uroki skrycie chowa
Ale jak bardzo chcesz
To już wiesz....

Długo nie mogłem przysiąść do pisania. Wspomnienia chowałem skrycie, żeby nie dotarło, że to trwało tak krótko. Wszystko, co sprawia mi radość i powoduje, że czuję się szczęśliwy, trwa w moim życiu krótko. Za krótko. Ale wole mieć dwa lata smutku, aby potem mieć takie dwa dni radości, niż mieć złudne uczucie radości. W tamtym roku sam przez dwa dni wędrowałem po szlaku Clevaland Way, a w tym roku dwa dni po Bieszczadach. Za rok pewnie znów gdzieś sam pojadę....powoli się do tego przyzwyczajam. Robi się zbyt sentymentalnie, ale ta podróż to była taka sentymentalna do czasów i miejsc, kiedy byłem szczęśliwy i wolny. Tak jak wspomniałem w piątek poszedłem na bilard, gdzie trochę pograłem. Do domu wróciłem koło 23, zanim położyłem się spać było już po północy, już leżąc w łóżku przypomniałem sobie, że nie przygotowałem najważniejszego bagażu.....butów:-). Przeżyłem mały szok, bo nie było ich w moim domu.....postanowiłem z rana zajechać do rodziców i sprawdzić, czy jakimś cudem tam nie zostały. O 3:30 pobudka. Zapakowałem się do samochodu i podjechałem do rodziców. Buty się znalazły :-). Była godzina 4 jak ruszyłem spod domu rodziców. Wyzerowałem licznik kilometrów. Miasto spokojne i zamglone, to nie napawało optymistycznie na szybką jazdę w trasie. Senne ulice, żegnałem je z uśmiechem na twarzy, bo jechałem w moje ulubione góry. Mgła na trasie była tak gęsta, że zacząłem się obawiać, czy się uda wejść jeszcze tego samego dnia na Halicz. Po 5 zaczęło robić się jaśniej i powiły się pierwsze fajne widoki.....jazda samochodem w tunelu, gdzie nad głową rozpościerają się płaty mgły powoduje, że przenosisz się w inny wymiar. Potem jechałem przez okolice gdzie po bokach było trochę oczek wodnych i dróg z rosnącymi gęsto drzewami. Spowite we mgle powodowały, że widok wydawał się nierealny. Czasami można oglądać takie obrazy, zdjęcia....zawsze takie obrazy przyciągały mój wzrok, a teraz sam byłem świadkiem na żywo takich widoków. Niestety, musiałem skupić się na jeździe, oraz nie mogłem się zatrzymać, aby zrobić zdjęcia.....priorytetem był Halicz. Do Lublina dojechałem o 7:05 przejechałem miasto w około 15 minut. Jazda od wschodu słońca była ułatwiona, bo mgła się podniosła, a słońce zawsze nas dobrze nastraja. Trochę wzmógł się ruch i jazda nie była już tak płynna. Około godziny 8 zrobiłem sobie przerwę na parkingu leśnym, podjadłem i zrobiłem kilka zdjęć, bo las był fajny. Posiedziałem tu z 40 minut, ale taki odpoczynek dobrze mi zrobił, bo już lekko odczuwałem kilometry, jakie przebyłem. W Rzeszowie byłem o godzinie 9:55 przejechanie zabrało mi 20 minut. Z każdym kilometrem od Rzeszowa widok za oknem powodował, że uśmiech na mej twarzy robił się większy, większy i jeszcze większy......a w duszy coś grało. Ciężko mi było się skupić na drodze, całym wysiłkiem woli zmuszałem siebie do koncentracji na szosie, bo wzrok mimowolnie latał do boku, gdzie widziałem górki:-). Rosłem w środku coraz bardziej, czułem, że zaczynam żyć i że ten weekend będzie niezapomnianym przeżyciem i niech żałują Ci, którzy się nie zdecydowali:-). Na szczęście pojawiły się zakręty :-), spowodowało to większą frajdę z jazdy. Gdybym wcześniej miał możliwość jazdy samochodem o podobnych walorach trakcyjnych, to może zostałbym kierowcą rajdowym, a nie chemikiem;-). Za Leskiem zaczęły się serpentyny. W pewnym momencie zjechałem na pobocze, bo było trochę miejsca i zrobiłem parę zdjęć, ale ..... (i to dotyczy wszystkich zdjęć, jakie zrobiłem podczas tego krótkiego wypadu) zdjęcia nie oddają tego. Inna sprawa, że z drogi widok był znacznie ciekawszy. W tym momencie dostałem telefon. Ktoś ma wyczucie;-). Byłem tak zadowolony, że nawet powiedziałem, że ja tu zostaje nie wracam, jest tu mi dobrze, a jeszcze nie zacząłem nawet chodzić po górach:-). W Wetlinie zatrzymałem się na chwile, aby kupić pocztówki i znaczki, bo później to nie wiadomo jak to będzie z możliwością zakupu. W Ustrzykach Górnych, po przejechaniu 590km, byłem o 13:05 (czyli potrzebowałem 9h na dotarcie z domu do moich ulubionych gór). Nie zatrzymując się pojechałem do Wołosatego, drogą przypominającą połączenie sera salami z edamskim;-). Tu zostawiłem samochód, założyłem buty i w drogę. Jeszcze tylko wykupiłem bilet wstępu i byłem na szlaku (godzina 13:50). Postanowiłem ruszyć ostro z kopyta, jeżeli chce poleżeć na Haliczu i tak jeden dzień spóźnienia;-). Przede mną jakaś wycieczka wylądowała, co widać na pierwszym zdjęciu:-). Wspomnienia wróciły jakbym był tu miesiąc temu (akurat tak się składa, że po Bieszczadach w tych rejonach wędrowałem ze znajomymi na przełomie sierpnia/września:-). Wkrótce zagłębiłem się w las i tu pierwsza niespodzianka, na ścieżce wiła się sobie żmija zygzakowata, nawet udało mi się zrobić zdjęcie, niestety nie jest zbyt dobrej jakości, bo nie chciała czekać na ścieżce tylko skryć się w listowiu;-). Po zdobyciu przełęczy pod Tarnicą nie zastanawiając się ruszyłem dalej w kierunku Halicza, który teraz mogłem już oglądać w całej okazałości (postanowiłem, że jak czas pozwoli to wracając zajdę....a że podczas tej wyprawy, prawie wszystko szło zaskakująco dobrze to.....). Zszedłem do przełęczy poniżej, gdzie szlak się rozgałęział na Krzemieniec i na Halicz. Była tutaj grupka osób odpoczywająca, dochodząc do tego punktu, byłem świadkiem jak starszy pan, tłumaczył trzem dziewczynom, że nie powinny iść przez Halicz do Wołosatego, że wieczór je zastanie i się im nie uda, że powinny iść na przełęcz pod Tarnicą i dalej do Wołosatego. Nie chciałem się wtrącać, że jak mają latarkę to mogą się pokusić, bo za dnia przejdą większą część trasy, a potem będą szły drogą. Ale każdy chodzi jak chce i jak się czuje na siłach, nie można namawiać. Po fakcie mogę powiedzieć, że ja bym poszedł i nawet bez latarki, każdy by sobie poradził, bo świecił księżyc i było dosyć widno, a że już tą trasą szedłem kiedyś. Gdybym pierwszy raz decydował się na pokonanie tej trasy, to by zależało od tego, czy mam latarkę czy nie. Z latarką uważam, że można by było, ale bez.....zresztą, trzeba mierzyć siły na zamiary, przede wszystkim ma być bezpiecznie. Nie można przeceniać swoich sił w górach. Ja się nie wstydzę tego, że dwa razy w życiu zdecydowałem się na zawrócenie i nie zdobycie czegoś, co zaplanowałem. Miałem niewielkie wątpliwości, czy mi się uda, przed zmierzchem, albo czy starczy sił. I te niewielkie wątpliwości wystarczyły. Jeżeli nie jesteś czegoś pewny, lepiej nie ryzykować. Idąc ścieżką na Halicz, słyszałem, co jakiś czas ryczące jelenie. Gdy zatrzymałem się zrobić zdjęcia wyprzedziły mnie dwie dziewczyny z chłopakiem. Tutaj chciałbym podziękować im, za niezłe tępo, jakie narzucili, ja doczepiłem się do nich. Usłyszałem też fajny tekst, odnośnie ryczących jeleni, że to jacyś turyści takie odgłosy wydają męcząc się podczas podejścia;-). Teraz już chyba zawsze ryk jelenia będzie mi się kojarzył z wędrowcem mozolnie wspinającym się na szczyt.....znów byłem jeleniem;-). Po jakimś czasie zatrzymali się na odpoczynek, a ja już samotnie dotarłem na Halicz. Tępo spadło w porównaniu do tego, co było wcześniej:-). Na Haliczu byłem o 15:50. Zrobiłem trochę zdjęć poprosiłem o zrobienie jednego dla mnie i rozłożyłem się, aby trochę podjeść i podelektować się widokami gór jak i chmur:-). Przez chwile też poleżałem z zamkniętymi oczami, konsumując każdą chwilę spędzoną na Haliczu. Usłyszałem jak jedna grupa postanowiła zajść na Tarnicę i podziwiać zachód słońca....pomyślałem, że to jest dobry pomysł i też będę musiał tak zrobić. Poleżałem jeszcze chwilkę, następnie spakowałem się, zrobiłem ostatnie zdjęcia i o 16:40 ruszyłem na Tarnicę. Ten dzień uważałem za bardzo udany, syciłem oczy widokiem, jaki mnie otaczał. Bieszczady jesienią, są naprawdę najpiękniejsze, pełne mistycyzmu, kolorów, radości, uśmiechu (nie będę się rozpisywał-obejrzyjcie zdjęcia i pomnóżcie razy ileś tam). I wiem, że jak będzie mi źle to 9h jazdy i będę tam:-). A jak nie będę miał tyle czasu to zawsze zostają zdjęcia, które pomogą przywrócić wspomnienia. Idąc z przełęczy na szczyt zobaczyłem, że już na niebie pojawił się księżyc. Na Tarnicy byłem przed zachodem, nawet musiałem trochę poczekać. Chmury w oddali trochę przyśpieszyły zachód, ale i tak jestem zadowolony. Już zmierzchało, gdy ruszyłem w powrotną drogę do Wołosatego. Nie śpiesząc się, bo nic mnie nie goniło. Wchodząc do lasu wyjąłem latarkę i bezpiecznie przeszedłem przez las. Tuż przed wsią zatrzymałem się pooglądałem gwiazdy pojawiające się na niebie, wsłuchałem się w szum strumyka płynącego nieopodal. O 19:20 byłem przy samochodzie. Zapakowałem się i pojechałem do Ustrzyk na kemping. Tutaj zjadłem flaki i rozstawiłem namiot po ciemku.....dobrze, że nikt nie widział, bo tak naprawdę to rozstawiłem tak byle jak, bo wiedziałem, że nie będzie padało:-), a to tylko na jedną noc. Trochę odczuwałem trudy dnia, ale po rozstawieniu poszedłem wziąć prysznic, bo napociłem się tego dnia. Temperatura otoczenia była około 7 stopni, a pawilon nie do końca chronił od zimna. Myślałem, że przechoruje ten pobyt, bo na każdy szczyt wchodziłem rozgrzany, a wiaterek to był niczego sobie, teraz kąpiel i chodzenie z wilgotną głową po takim chłodzie. Ubrałem się cieplej i poszedłem na mostek nad potokiem, posłuchać szumu. Niestety, jakaś parka wpadła na taki sam pomysł. Przeszedłem na drugą stronę potoku i latarką sprawdziłem, gdzie zaczyna się szlak, by z rana jak coś nie błąkać się.....okazało się, że nie powinno być problemów ze szlakiem po ciemku:-). Pooglądałem sobie niebo....pełne gwiazd, które do mnie mrugały:-). Tak obserwując gwiazdy, czuło się, że przestrzeń nade mną jest przeogromna, a ja jestem drobną cząstką. Znalazłem ławeczkę położyłem się i wpatrywałem się w rój gwiazd. Ciągnęły mnie do siebie....lubię wpatrywać się w gwiazdy. Ciągną mnie do siebie, chciałoby się wyrwać z ciała i poszybować tam w górę. Wiele myśli po głowie przebiega. Chyba widziałem dwie spadające gwiazdy, raczej to nie było złudzenie optyczne. Następnie poszedłem do namiotu, znów przeszkadzając przez moment parce. Wypakowałem śpiwór z samochodu, wziąłem koszulę polarową oraz kocyk....zastanawiałem się nad starą kołdrą, bo tato wozi w bagażniku, żeby chronić przedmioty przed uszkodzeniem. Ale uwierzyłem, że wystarczy mi kocyk....żebym jeszcze jakiś dres wziął (a tak....;-). Przebudziłem się raz, nie wiem, o której. Zimno w nogi mnie zbudziło :-). Poprawiłem kocyk i dalej w spanie....niestety (a po, twierdze, że bardzo dobrze się stało) tuż przed 3 zbudziło mnie zimno nawet na klatce mimo, że miałem podkoszulek i koszulę polarową:-). Sprawdziłem godzinę....i próbowałem zasnąć ponownie....po kilku minutach zrezygnowałem. Szkoda było czasu na przewalanie się -> postanowiłem wstawać. Założenie spodni to był ból, były niesamowicie zimne:-). Spakowałem się i poszedłem do samochodu zjeść ostatnią bułeczkę i połowę czekolady. To było całe moje śniadanie. Na szczęście w termosie zostało trochę ciepłej herbaty. Po zjedzeniu i spakowaniu się ruszyłem na szlak. Na szlaku byłem o 4:10. Ścieżka pięła się w górę przez las. Przez jakiś czas towarzyszył mi dźwięk płynącego potoku, a przez całą drogę towarzyszyły mi odgłosy nocnego życia w lesie. Na początku czułem się nieswojo i niepewnie, każde ułamanie gałązki, jakieś inne odgłosy lub nagle pojawiające się cienie, które rzucały rośliny oświetlone latarką - powodowały, że włosy chciały mi się podnosić;-). Tak było do czasu jak wyszedłem na malutką polankę, gdzie była kapliczka. Zatrzymałem się tu na kilka minut, poobserwowałem niebo oraz zamknąłem oczy i wsłuchałem się w odgłosy lasu. Wtedy okazało się, że te odgłosy to spadające liście z drzew albo krople. Wiem, że to jest śmieszne, ale poczułem, że w tym momencie las i stworzenia w nim żyjące mnie zaakceptowały i przestały się mnie bać, a ja przestałem się bać tego, co mnie otacza. Poczułem się cząstką lasu. Po 5:30 wyszedłem z lasu na połoninę, gwiazdy już znikały, a na wschodzie pojawiała się coraz jaśniejsza łuna. W wyobraźni cofnąłem się do czasu wojny i wyobraziłem sobie, że podobnie przemierzali połoniny partyzanci. Kiedyś widziałem zdjęcie, na którym z jednej strony widać niebo, gdzie zaraz wzejdzie słońce, a po przeciwnej jeszcze widać gwiazdy, bardzo mi się te zdjęcie podobało....teraz mogłem coś takiego zobaczyć na żywo. Niebo na wschodzie coraz bardziej płonęło, patrzyłem na zegarek i się zastanawiałem czy uda mi się zrobić ujęcia wschodzącego słońca z głównego szczytu Połoniny Caryńskiej. Nie udało się, ale oglądając zdjęcia uważam, że szczęście mi dopisało i chyba w najlepszym miejscu mnie zastało. Nie miałem statywu, więc spora część zdjęć wyszła nieostra, szczególnie, że wiatr wiał nawet mocniejszy niż dzień wcześniej. Myślałem, że popołudniu trochę się uciszy. Postanowiłem trochę posiedzieć i poobserwować jak góry budzą się z rana. Jak mgła dodaje tajemniczości. Patrząc, że mam tyle czasu postanowiłem pójść na Małą i Wielką Rawkę, czego wcale nie planowałem. Po 7 ruszyłem w kierunku tych szczytów. Minąłem 3 turystów. Schodząc robiłem masę zdjęć, bo dzień wstawał nawet piękniejszy niż ten, co miałem już za sobą. Nie śpiesząc się podążałem do doliny. Syciłem wzrok widokami, kolorami. Gdy zszedłem kupiłem bilet wstępu do parku....była 10:-). Podchodząc do Bacówki pod Małą Rawką spotkałem owieczki oraz pilnującego je psa. Trochę zmęczenie dawało się we znaki....a raczej ochota zjedzenia czegoś. Po minięciu bacówki usiadłem i zjadłem trochę czekolady, pooglądałem sobie połoniny i zagłębiłem się ponownie w las. Przypomniałem sobie jak kiedyś pokonywałem ten odcinek z plecakiem i też zauroczył mnie ten las. Po jakimś czasie tempo moje spadło, było to mozolne podejście pod górę, brak porządnego śniadania dawał się we znaki i nawet słodycze na nic się zdały. Ale nie poddałem się i wszedłem na Małą Rawkę....niestety moje nadzieje na odpoczynek na szczycie wywiał wiatr buszujący sobie w najlepsze. Ale i tak patrząc na czas widziałem, że chcąc zdobyć jeszcze dziś Smerek to odpoczynek nie byłby teraz wskazany. Lepiej będzie odpocząć po zjedzeniu "placka po bieszczadzku". Zrobiłem trochę zdjęć i ruszyłem na Wielką Rawkę. Tu tak samo zrobiłem trochę zdjęć oraz nagrałem sobie panoramę. Idąc na szczyt widziałem paćkowaty las, jakby malarz od niechcenia dotykał pędzlem maczając go w różnych kolorach. Nie ma wspanialszego malarza nad naturę. Zaczęło się zejście...tego, czego nie lubię. Kolana zaczynały dawać znaki, że je mam;-). Ale nie przejmowałem się za bardzo, bo wszystko rekompensowały widoki. Po zejściu zostało mi pokonać najmniej ciekawy kawałek szlaku....asfaltem do Ustrzyk. Po 13 byłem na kempingu. Spakowałem się zdałem numerek i ruszyłem do Wetliny zjeść placek. Jadąc obserwowałem niebo, które mnie trochę niepokoiło, bo zapełniło się chmurami. Zajechałem w miejsce, gdzie po raz pierwszy skonsumowałem "placek po bieszczadzku", zamówiłem sobie jedną porcję i zacząłem pisać na pocztówkach. W międzyczasie dostałem placek....napełniłem swój brzuch i wstąpiły we mnie nowe siły. Dokończyłem pisać i ruszyłem na szlak prowadzący na przełęcz Orłowicza. Zahaczyłem o pocztę i o 16:10 byłem na szlaku. Trochę się niepokoiłem, czy uda mi się wejść na Smerek przed zachodem słońca (wg przewodnika pokonanie tego odcinka zabiera około 2h, a wg znaków na szlaku 2,5h), czy pogoda nie sprawi mi figla i nie zacznie padać oraz grzmieć. Chyba bym się nie odważył wejść w taką pogodę. Pamiętam, dlaczego tam stoi krzyż. Ruszyłem z kopyta, trochę się bałem, że w połowie opadnę z sił. Nogi robiły się już ołowiane, a kolana coraz bardziej doskwierały. Po pokonaniu sporego odcinka doszedłem do skał i.....zobaczyłem, że szlak idzie w dół, aby potem znów się wznosić. Trochę mi się to nie podobało, to nie jest sprawiedliwe ;-). Ale zaraz przez chmury po raz pierwszy od dłuższego czasu słońce się przebiło i to dodało otuchy, że jednak chyba się uda, szczególnie, że po pokonaniu dalszej części szlaku, wyszedłem na połoninę. Podszedłem na przełęcz i zobaczyłem, która godzina -> 17:10, nie mogłem uwierzyć....to chyba za sprawą placka:-). Już nie spiesząc się, ale jak pijany ruszyłem na Smerek (wiatr się wzmógł i doliczając do tego zmęczenie, to miotał mną po szlaku:-). Po wejściu, myślałem, że będę ostatnim turystą, który tu dotrze tego dnia. Okazało się, że kilkanaście minut po mnie przyszła jeszcze jedna para. Posiedzieli trochę i poszli. Tutaj znalazłem bardzo fajne buty. Chciałem też coś wykrzyczeć, ale w ostatniej chwili przyszło mi do głowy pewne zdanie, które kiedyś usłyszałem -> nie rzucaj słów na wiatr i postanowiłem, że nie wykrzyczę, powiedziałem to sobie w myślach. Chciałem też tu zostać do zachodu słońca, ale widać było, że nie ma sensu, bo chmury zalegały na zachodzie. Nie namyślając się długo ruszyłem z powrotem i zrobiło mi się smutno.....bo dotarło do mnie, że to już koniec. Zacząłem się żegnać z Bieszczadami, oraz naszły mnie myśli na temat życia. Nie chciałem stąd jechać. Teraz zrozumiałem ludzi, którzy płaczą jak się żegnają. Zejście było jak zwykle męczące, a te nawet podwójnie, bo kolana to był jeden ból. Bałem się, że przez tydzień nie będę mógł chodzić, a zaczynałem po powrocie coś, gdzie sprawne nogi powinno się mieć:-). O 19 zszedłem z szlaku, czyli o prawidłowej godzinie. Na szlakach w parku można przebywać od 7 do 19. Po 30 minutach byłem w samochodzie i jechałem do domu. Teraz zakręty pokonywałem wolniej niż za dnia. Kilka razy widziałem lisa na poboczu. Przez jednego o mały włos nie stuknąłbym się lusterkami z drugim samochodem. Jak zobaczył światła mojego samochodu zaczął biec wzdłuż drogi i czasami robił ruch jakby chciał skręcić na drogę pod koła i byłby "pasztecik" :-) i bym się nasłuchał oraz nie wybronił od zarzutów ;-). Tak zaobserwował moją uwagę, że trochę przekroczyłem linię swojej drogi i w tym momencie zza zakrętu wyjechał drugi samochód. Trochę chyba się zdziwił i musiał pojechać przy samym poboczu. Na szczęście nic się nie stało. Zastanawiałem się na ile starczy mi paliwa. Czy zatankować w Sanoku, czy może uda się dojechać do Rzeszowa, gdzie paliwo powinno być tańsze? Udało się dojechać do Rzeszowa :-). Ale wyjście, zatankowanie i podejście do kasy to była katusza. Chodziłem chyba jak potłuczony. Też ze skupieniem było trochę problemów. Ruszyłem dalej. Przed Lublinem złapała mnie taka ulewa, że odruchowo prawie wszyscy zwalniali do 60. Po przejechaniu Lublina zdrzemnąłem się, bo już ciężko mi było się skupić na drodze. Przesiadając się na drugi fotel musiałem pomagać sobie rękoma, bo kolana odmówiły posłuszeństwa. Trochę się zdrzemnąłem i ruszyłem dalej. O 6 dotarłem do domu. Wszedłem zrzuciłem ubranie i od razu poszedłem spać, nawet nie zdążyłem głowy położyć na poduszce już spałem;-). Po 3h snu do pracy trzeba było wstać. Na szczęśćcie to był luźniejszy dzień....a ja skupić się nie mogłem, bo ciało było w Białymstoku, a reszta ciągle na połoninach....długo jeszcze tak miałem.

Podsumowanie

O dziwo nie przechorowałem tego wypadu.....nie licząc tęsknoty. Kolana też od wtorku jakby zapomniały, że trochę kilometrów i podejść zrobiły, kiedy miały być sprawne były:-). A teraz najprzyjemniejsze, odwiedziłem miejsca, z którymi wiąże się wiele przyjemnych wspomnień. Spełniło się moje marzenie, zobaczyć Bieszczady jesienią, pogoda dopisała i naprawdę niesamowite widoki miałem. Do tego doszło nocne podejście na połoninę, gdzie oglądałem jak się budzi kolejny dzień w Bieszczadach. Zanurzyłem się w morze gwiazd. Tego, co widziałem to moje, co przeżyłem też moje. Kto nie był ma, co żałować, ale raczej nie tyle powinien żałować, co się postarać wybrać w Bieszczady jesienią.....naprawdę warto.....warto w każdą porę, ale jesień i te kolory......teraz muszę jeszcze wiosną zobaczyć jak przyroda budzi się do życia po zimie i wiem, że tej wiosny tylko kataklizm mnie odwiedzie od tego :-). Długo bym jeszcze mógł pisać i pisać, ale książki to nikt nie chciałby czytać.....lepiej się spotkać obejrzeć zdjęcia i posłuchać jak się czułem w danym momencie. Przynajmniej znów przeniosę się tam. Jak oglądam zdjęcia...uśmiech sam z siebie się pojawia, a cała dusza śpiewa i nie przesadzam.

Do zobaczenia wiosną......:)