Sms przyszedł późno w nocy o treści: Czy pojechałbyś na spływ w czerwcu? Odpowiedź była natychmiastowa: tak, ale kiedy? (kilka dni w czerwcu musiałem być w innym miejscu, a się nie rozerwę:-). Po jakimś czasie było wiadomo już prawie wszystko (tak, tak...wiem, nie wszyscy się z tym zgodzą:-). Wyszło, że zaczynamy 15 czerwca w Dolistowie na rzece Biebrza (www.biebrza.org.pl). Płyniemy 3 dni do Wizny lub 4 troszkę dalej.
Dzień
1. 15 czerwca 2006
O
9:30 jadąc na dworzec PKS zabrałem Ankę i Grześka. Na dworcu już czekały dziewczyny:
Monika, Urszula i Luiza. Kupno biletów i po chwili był Jacek. Na stanowisko
i o 10 wyruszyliśmy do Dolistowa. O 11:30 wyładowaliśmy się z autobusu i krótki
spacerek nad rzekę, gdzie już czekał Łukasz z Łukaszem i kajakami.
Przenieśliśmy kajaki nad rzekę i powoli zaczęliśmy się pakować do kajaków. Pograliśmy
w siatkę i zrobiliśmy zakupy w sklepie. Paliwo zawsze w cenie. Po 13 dotarła
Urszula z Tomkiem. Przed 14 byliśmy na rzece i płynęliśmy w kierunku zachodzącego
słońca :-). Płynęło
się dobrze i nawet się nie spostrzegliśmy jak po 18 wylądowaliśmy w Goniądzu,
gdzie zrobiliśmy krótką przerwę na odpoczynek. Tomek postanowił by go ściąć.
Miał maszynkę akumulatorową, pech chciał, że po pierwszym ścięciu....akumulator
się rozładował:-). Wyglądał zabawnie i chcąc nie chcąc musiał się ogolić na
łyso, co zostało zrobione już w Osowcu, gdzie zatrzymaliśmy się na noc. Przypłynęliśmy
późno i jak rozstawialiśmy namioty, komary pokazały, co potrafią. Kolacja zjedzona
i zaczęło się lepsze poznawanie. Trochę może głośno, ale wszystko w granicach
normy. Niestety jednemu panu bardzo się nie podobał anielski głos Ani i zażądał
by rozmowy były ciche, bo on tu przyjechał odpocząć z dziećmi. Jakby to była
prośba, to pewnie zostałaby spełniona, a że jakoś pan myślał, że pole namiotowe
to hotel....to Ania powiedziała, że postara się, ale nie obiecuje, bo już taki
ton głosu ma.
Dzień 2. 16 czerwca 2006
Wstałem
(jak się później okazało jak większość) o 7:30 z powodu ...chrapania dochodzącego
z namiotu...dziewcząt. Zachodziłem w głowę jak to możliwe, niemożliwe okazało
się bardzo łatwe do wytłumaczenia...to wieczorny pan tak nadawał w eter:-).
Łukasz rozwiesił swoje mokre ubrania, które zamokły dzień wcześniej,
zjedliśmy śniadanie. Część osób wzięła prysznic, a część udała się na polowanie.
Potem szybkie pakowanie i na wodzie byliśmy o 10:30. Słonko dopisywało i ładnie
się do nas uśmiechało zaczęliśmy płynąć odcinkiem, gdzie obowiązuje pozwolenie
dyrektora parku na przepłyniecie tym odcinkiem Biebrzy. Do 24 czerwca nie działa
pole namiotowe w Białym grądzie i trzeba mieć pozwolenie na pokonanie odcinka
Osowiec-Brzostwo. Jest to spowodowane lęgami ptaków. Ania z Jackiem spotkali
strażników parku, którzy spytali się o pozwolenie. Ania nie zrozumiała o co
chodzi i zaczęła błagać...nie strzelajcie, nie strzelajcie...tak ich to zaskoczyło,
że już reszty wycieczkowiczów postanowili nie stresować;-). O
13 byliśmy w Białym Grądzie. Kilka osób postanowiło popływać sobie w rzece...ja
udawałem, że pływam...nie miałem mojego ulubionego kapoka (nadrobiłem to na początku
lipca :-). Słońce dawało się trochę we znaki, ale niezrażeni ruszyliśmy w dalszą
drogę. Tego dnia pokonaliśmy grubo ponad 30 km w słońcu. Pod koniec dnia jeden
wędkarz stwierdził, że mam bardzo oryginalną koszulkę...a ja nie miałem na sobie
żadnej:-). Sporo osób się spaliło, a nie opaliło. W Brzostowie byliśmy przed
zachodem słońca. Rozbiliśmy się na początku wsi, tak by nie mieć kłopotów, byliśmy
jedyni na tym polu. I znów Ania wystąpiła w roli ... głównej. Pożyczyła rower
od gospodarza i pojechała po kiełbaski na ognisko oraz inne ogniskowe rarytasy;-).
Najpierw rozpaliliśmy grilla, ale po jakimś czasie zrobiliśmy ognisko. Wszyscy
chcieli się ogrzać:-). Większość wytrzymała do północy, bardziej wytrwali do
2 w nocy. Ja byłem wśród większości, bo postanowiłem wstać o 4 rano i podziwiać
wschód słońca i łosie jak dopisze szczęście. Położenie się spać było małą katuszą,
bo słońce ładnie mnie spaliło. Filtr 5, a potem nawet 18 z żagli z ubiegłego
roku nie pomógł :-(.
Dzień 3. 15 czerwca 2006
Wstałem przed zegarkiem o 3:30. Ogólnie
byłem zaskoczony, że podczas całego wyjazdu spałem po 4-5 godzin w dodatku rwanie
i byłem następnego dnia wypoczęty. Ja ten co lubi spać i spałby pół dnia. Ubierałem
się przez prawie 10 minut, tak spalenizna dawała się we znaki. Następnie jak
robocop udałem się na pobliską ambonkę. Wejście to była męczarnia. Na górze
też odczuwałem ból jak chciałem zmienić lornetkę na aparat i na odwrót :-).
Ale naprawdę warto było. Te widoki, ta atmosfera potęgowana przez mgłę. A co
do łosi...to można powiedzieć, że był jeden....na ambonie ;-). Choć z bardzo daleka
widziałem łosia, ale nawet lornetką to była trochę większa plamka. Po mniej
więcej godzinie spędzonej na podziwianiu budzącej się przyrody poszedłem się
jeszcze odrobinę zdrzemnąć, by o 7 ponownie być już na nogach. Tym razem obserwowałem
jak stado krów
jest przepędzane przez rzekę na pastwiska. Okazało się, że wszyscy tak robili,
a na łąkach nie było żadnych wytyczonych pól. Wszystkie stada były na jednym
ogromnym polu. Krowy z gospodarstwa gdzie się rozbiliśmy musiały przepłynąć
przez rzekę (większość przeprawiała się w miejscach gdzie nie musiały pływać).
Dwie młody krowy trochę się wystraszyły i zawróciły. Jedna pokornie wróciła
do chlewa, ale druga zaczęła komunikację ze stadem po drugiej stronie. Traf
chciał, że przy namiocie dziewczyn. Chcąc nie chcąc przed 8 musiały wstać. Wyglądały
tak nieszczęśliwie, że aż ich było żal:-).
Tylko Ania twardo nie poddawała się spała, co budziło ogólne zdziwienie, że
nie opieprzała tej krowy. Fajnie wyglądało jeszcze przeprawianie się traktorów
na drugą stronę Biebrzy w celu wycięcia traw. Zapowiadał się kolejny pełen słońca,
upalny dzień. Wszyscy chowali się w cieniu....przepraszam za wyjątkiem dziewczyn,
które zaczęły się opalać, co u większości płci przeciwnej budziło przerażenie
i ból. Samo pojawienie się na słońcu powodował pieczenie spalonej skóry nawet
przez koszulkę, a te....ech brak słów;-). Poobijaliśmy się do późnego południa.
O 14 byliśmy już na wodzie w drodze do Wizny. Powoli nie śpiesząc się, bo to
był najkrótszy odcinek, jaki mieliśmy pokonać podczas tego 3 dniowego spływu.
Do Wizny dotarliśmy bez przeszkód. Dopiero w samej Wiźnie zaczął się problem
ze znalezieniem pola namiotowego. Na szczęście coś udało się znaleźć. O 19 już
kajaki były załadowane na przyczepę i zrobiliśmy wspólne zdjęcie. Łukasz wrócił
z kajakami do domu, a reszta zaczęła regenerować siły po spływie. Nocka była
chłodna.
Dzień 4. 16 czerwca 2006
Wstałem
jakoś wcześnie, deszcz sobie o tropik delikatnie uderzał. Spakowałem się, wziąłem
stary płaszcz przeciwdeszczowy (pamiętał mój pierwszy spływ i tam też się przydał:-)
i poszedłem na miasto. Spacerek dobrze robi. Wróciłem jak już ludzie zaczęli
się ruszać. Pomogłem postawić daszek przed wejściem do namiotu dziewczyn i tym
razem ruszyłem w pola wzdłuż Narwi. Po powrocie przestało padać i wyszło słońce.
Osuszyło nam namioty, spakowaliśmy się i udaliśmy się na PKS. Jeść się jakoś
mi nie chciało, to śniadanie sobie darowałem. O 12 już siedzieliśmy w autobusie
i podążaliśmy do Białegostoku. Tutaj się rozdzieliliśmy. Jadąc już do domu zaczął
ostro padać deszcz...nawet natura rzewnymi łzami po nas płakała:-).
Podsumowanie
W 3 dni pokonaliśmy: około 75 km. Start nastąpił w Dolistowie, a zakończył się w Wiźnie. Pierwszy odcinek Dolistowo-Osowiec wynosił 19 km, który pokonaliśmy w czasie około 6 godzin. Drugiego dnia na trasie Osowiec-Brzostowo do pokonania mieliśmy 37 km i przepłynęliśmy ten odcinek w niecałe 9h. Ostatniego dnia Brzostowo-Wizna pokonaliśmy mniej więcej tyle co pierwszego dnia około 19 km i zabrało nam to mniej niż pierwszego dnia - płynęliśmy niecałe 5h. Ludziom się tak spodobało, że słychać było głosy, że może w sierpniu wybrać się na Krutynię lub Czarną Hańczę :-). Pożyjemy zobaczymy...ale beze mnie, w tym roku urlop spędzam w labie......tylko tydzień wolnego przewiduję w lipcu.